Spokojne, jesienne popołudnie w Wodzisławiu Śląskim. W biurze cisza absolutna, w tle jedynie dźwięk zwyżek, na których pracownicy zawieszają świąteczne dekoracje. Taki dzień, kiedy nic nie zapowiada zwrotu akcji. I wtedy dzwoni telefon.
– Chcemy lecieć w podróż poślubną na Hawaje. Najlepiej jutro.
Hawaje? To akurat nasza specjalność.
Jutro? Przez chwilę byłem przekonany, że to żart. Dopiero po dłuższej rozmowie poczułem, że to nie impuls, tylko prawdziwa gotowość na szaloną decyzję. No dobra. Robimy to!
Pierwszy krok to ESTA. Kluczowa sprawa. Jeśli przejdzie automatycznie, jeszcze jutro mogą wlecieć do USA. Jeśli trafi na ręczną weryfikację… potrzebne będą dni, a nie godziny. W głowie od razu zapala się lampka. Tydzień wcześniej klient czekał na decyzję trzy dni. Dzwonię jeszcze raz, uczciwie tłumaczę ryzyko, mówię o minimalnym buforze. W odpowiedzi słyszę spokojny głos Weroniki:
– “Muszę być za dwa tygodnie na bardzo ważnym egzaminie.”
I w tym momencie wiem jedno… nie ma odwrotu. Teraz to już nie presja, tylko konkretne zadanie: zorganizować podróż poślubną na Hawaje w mniej niż 24 godziny.
Asystujemy przy wniosku ESTA. Trzydzieści minut. Akceptacja. Szok. Mamy to!!!
Zapraszam ich do biura. Umowa, ubezpieczenie, bilety lotnicze. W głowie układam trasę – zero miejsca na długie przesiadki, wszystko musi być płynne i logiczne. Decyduję się na codeshare Delty i KLM. Kraków – Amsterdam, Amsterdam – Los Angeles, dalej Honolulu. Przesiadki po 2 i 3 godziny. Wylot o 10:00, o 19:00 czasu lokalnego są już na Hawajach, po ponad 20 godzinach lotów. Uwielbiam to cofnięcie w czasie. Siatka wygląda stabilnie.
Równolegle dopinamy kontrahentów w Honolulu, wypożyczalnię auta, całą logistykę na miejscu. Przewodnik drukujemy tego samego dnia. Zespół przechodzi w tryb ciągły – bez przerwy, bez marginesu błędu. Następnego dnia rano jedziemy po Weronikę i Kamila, żeby zawieźć ich na lotnisko w Krakowie.
W aucie szybka odprawa. Vouchery, dokumenty, ostatnie instrukcje. Dojeżdżamy na lotnisko i widzimy chaos. Ogromne kolejki. Dzień wcześniej awaryjnie lądował samolot, który wypadł z pasa. Dzisiaj obsługiwany jest ruch z dwóch dni.
Myślę tylko jedno: jeśli opóźni się pierwszy odcinek, to sypie się wszystko!
Wracam do domu z niepokojem. Godzinę później dostaję SMS-a:
–„Nasz lot jest opóźniony o 3 godziny”
Nie. Tylko nie to. W głowie w sekundę rozpisuję czarny scenariusz – brak połączenia do Los Angeles, brak Honolulu, zamknięta wypożyczalnia, nocleg w Stanach, stracona doba podróży. Samolot startuje z trzygodzinnym opóźnieniem, a w momencie jego przyziemienia lot do LA, na którym mieli być, właśnie kołuje do startu.
Jest źle!
Na miejscu okazuje się, że opóźnienie wynika z mgły i takich pasażerów jest więcej. Po wyjściu z rękawa widzą gigantyczną kolejkę do informacji. Dzwonią załamani:
I co teraz?
Proszę ich, żeby usiedli i spróbowali się uspokoić. Mówię, że my zajmiemy się resztą. Po chwili dostaję wiadomość:
-„Na pewno to ogarniesz, nikt tu nie siedzi bezczynnie jak my”
I dokładnie tak jest. Zdalnie mogę zrobić więcej niż stojąc w tej kolejce.
Kontaktuję się z Delta Airlines. Proponują zmianę na Seattle następnego dnia. Odpowiedź w myślach jest natychmiastowa – nie. Stracą dzień, a to podróż poślubna, nie delegacja służbowa. Szukamy dalej. Cały zespół przeczesuje systemy, szukając jakiejkolwiek możliwości dotarcia jeszcze dziś do Honolulu.
Jest. WestJet.
Pierwszy konsultant Delty mówi, że to niemożliwe. Po chwili udowadniamy, że WestJet działa w codeshare z Deltą. Konsultant sprawdza, milknie i przyznaje nam rację. Trasa przez Kanadę. I wtedy kolejna myśl – Kanada, czyli procedury wizowe.
Dzwonię do Weroniki i Kamila:
– “Słuchajcie, musicie ze mną współpracować. Za dwie godziny wylatuje lot do Vancouver. Żeby wejść na pokład, potrzebne są wizy. Robimy to teraz, razem.”
Wypełniamy wniosek. Zegar tyka. Minuty ciągną się w nieskończoność. I nagle – akceptacja. Delta wystawia nowe boarding passy. Wchodzą na pokład dosłownie w ostatniej chwili.
Lecą do Vancouver!
Sprawdzamy radar. Teraz już wszystko idzie zgodnie z planem. Lądowanie. Nie ma wiele czasu na powitanie Kanady, bo dalsza podróż nie będzie czekać.
Szybka zmiana samolotu na WestJet i start w kierunku Honolulu.
21:20 – lądowanie na Hawajach.
21:52 – wchodzą do wypożyczalni naszego partnera.
Witajcie w Honolulu!
To była jedna z tych historii, które pokazują, że w podróżach nie chodzi tylko o bilety i hotele. Chodzi o decyzje podejmowane pod presją, znajomość procedur, relacje z partnerami i zimną krew wtedy, gdy wszystko zaczyna się sypać. Dla Weroniki i Kamila to był początek miesiąca miodowego. Dla nas – kolejny dowód na to, że nawet najbardziej szalony plan da się zrealizować, jeśli wiesz, co robisz i nie odpuszczasz do samego końca.